Puste ławki, pełne koszty. Widmo likwidacji szkół w Polsce

Coraz częściej widzę w mediach społecznościowych i w telewizji informacje o protestach, zapowiedziach referendów i odwoływania włodarzy, o emocjonalnych bataliach o każdą szkołę. Jako rodzic i nauczycielka bibliotekarka w niewielkim zespole szkół doskonale rozumiem te emocje. Szkoła to często serce miejscowości, to poczucie bezpieczeństwa i wspomnienia wielu pokoleń absolwentów. Ale kiedy w lokalnym informatorze czytam dane o liczbie narodzonych i zmarłych mieszkańców, nie mam większych złudzeń, co do tego, że czekają nas ogromne zmiany.

Przy obecnych wskaźnikach demograficznych budżety gmin przestają się spinać. Trudne decyzje o likwidacji szkół mających dziś niewiele ponad setkę uczniów podejmują samorządy w całej Polsce, a odpowiedzią niemal zawsze jest społeczny wybuch, rozpacz, i standardowe hasło "STOP likwidacji szkoły!".

Czytam o gminach takich jak Barciany, gdzie w całym 2024 roku urodziło się zaledwie 22 dzieci, podczas gdy gmina wciąż prowadzi cztery szkoły podstawowe. Gmina mówi wprost o konieczności likwidacji trzech szkół. Reakcja społeczności: referendum w sprawie odwołania wójt Marty Kamińskiej.
Mam poczucie, że jako społeczeństwo weszliśmy w fazę walki z wiatrakami. Chcemy utrzymać mury, ignorując fakt, że w środku brakuje już nie tylko uczniów, ale i pieniędzy na nowoczesną edukację. Bo prawda, której nikt nie chce wypowiedzieć na głos, jest prosta: nikt z nas nie poparłby kilkukrotnego podniesienia podatków lokalnych tylko po to, by utrzymywać budynki i opłacać etaty pracowników szkoły dla kilkuosobowych klas.

Chciałabym podjąć rozważania nad tym, dlaczego likwidacja szkół stała się w Polsce faktem i dlaczego uchylanie się przed tym tematem ani wiara, że inny wójt/burmistrz lepiej sobie poradzi, nigdzie nas nie zaprowadzą

Wyrok demograficzny. Lekcja matematyki w gminach Barciany i Jutrosin

Kiedy słyszymy o spadku urodzeń, brzmi to z jednej strony niepokojąco ("Będzie nas mniej coraz - Polaków"), ale też jest to trochę takie wielokrotnie powtarzane hasło z wieczornych wiadomości, a dla wielu osób jest to dalsza przyszłość zamykająca się w słowach "Kto zapracuje na nasze emerytury". Kiedyś. Za 10-20-30 lat. Jednak w skali lokalnej ten termin zamienia się w konkretne, nieprzyjemne liczby i konieczne już teraz działania. Zacznę od gminy Barciany – to o tej gminie usłyszałam w wiadomościach w kontekście zbliżającego się referendum, a w rzeczywistości przez jej pryzmat zobaczyć można problemy wielu polskich samorządów.

W 2024 roku we wspomnianej gminie urodziło się zaledwie 22 dzieci. Gmina prowadzi obecnie cztery szkoły podstawowe. Prosty rachunek pokazuje, że za sześć lat, gdy ten rocznik pójdzie do pierwszej klasy, na każdą ze szkół przypadałoby średnio pięcioro uczniów. Stuosobowe szkoły dziś to stan alarmowy i w przyszłorocznym budżecie gminy oznaczałby 6 milionów złotych deficytu. 1 września 2026 w szkolne progi ma wkroczyć niespełna 380 dzieci. Sami oceńcie, czy przy takiej liczności rozważalibyście jedną, czy dwie szkoły. A cztery? Kosmos. No i z każdym rokiem uczniów będzie mniej - w perspektywie 6-8 lat liczba ta spadnie poniżej 200.

Mniej dramatyczna jest sytuacja w gminie Jutrosin. Tam w 2024 urodziło się 63 dzieci, więc na razie likwidacja zagraża tylko jednej z czterech szkół. W szkole tej uczy się obecnie 112 uczniów. Średnio 14 uczniów w oddziale. Pracuje tam 18 nauczycieli (14 na pełen etat, 4 na część etatu) i 5 pracowników obsługi.

Każda złotówka dołożona do ogrzewania pustawych sal w jednej szkole to złotówka zabrana z funduszu na remont lub budowę chodnika przy drodze, modernizację oświetlenia ulicznego czy unowocześnienie pozostałych budynków i terenów gminnych (winda w przychodni i urzędzie, zadbana zieleń, place zabaw i boiska). Wymieniam takie przykłady, bo w mojej gminie są to najczęściej zgłaszane przez mieszkańców postulaty.

Rodzice na wieść o likwidacji szkół reagują podobnie jak w wielu innych miejscach – strachem i oporem. Pojawiają się próby odwoływania władz w drodze referendum. No ale co dalej? Czy na miejsce odwołanego wójta lub burmistrza, pojawi się taki który, jest w stanie „wyczarować” dzieci, których nie ma w rejestrach USC?
Referendum w gminie Barciany już się odbyło. Jest ono nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji. W głosowaniu wzięło udział 19,35% uprawnionych mieszkańców. Oddano 873 ważne głosy. Za odwołaniem wójt Kamińskiej było 840 głosujących, przeciw 33. Zmotywowani do udziału byli najwyraźnie tylko ci mieszkańcy, którym likwidacja szkół zreorganizuje życie codzienne. Jest to liczba odpowiadająca mniej więcej liczbie rodziców dzieci w wieku szkolnym. Znów demografia na niekorzyść. Mało dzieci, mało rodziców, niska frekwencja w referendum.

Widzę to samo w naszym zespole szkół – w ostatnich dwóch latach z trudem utworzyliśmy jedną klasę technikum i jedną szkoły branżowej. Demografia nie bierze jeńców. W sąsiedniej gminie, która ma trochę mniej mieszkańców w zespole szkół ponadpodstwowych nie ma już klas 1 i 2, ostatni nabór udał się trzy lata temu, szkoła powoli wygasa. Dlaczego jednak w szkołach średnich problem ten występuje już teraz, a nie za 8-15 lat?

Głosowanie nogami. Dlaczego lokalne zespoły szkół przegrywają z wielkim miastem?

W przypadku szkół podstawowych rodzice walczą o bliskość. W szkołach średnich sytuacja się zmienia: tutaj zaczyna się „głosowanie nogami”, aspiracje, pewne wyobrażenia. To nie jest już tylko kwestia tego, że dzieci jest mniej. To kwestia tego, że te, które są, coraz rzadziej wybierają lokalne szkoły.

Dlaczego tak się dzieje? Mechanizm jest bolesny i samonapędzający się. Działa magia „prestiżu” i dużego ośrodka. Dla wielu ósmoklasistów i ich rodziców liceum w mieście powiatowym czy wojewódzkim to synonim lepszego startu. Małe technikum zawsze przegra z wizją „wielkiego świata”, bogatszą ofertą zajęć pozalekcyjnych i po prostu – modą. Warto wziąć pod uwagę również fakt, że uczniowie w ósmej klasie najczęściej nie są gotowi na wybór zawodu. Liceum jawi się też jako szkoła najbardziej podobna do podstawówki i najmniej problemowa – nie trzeba szukać pracodawcy (branżowa – praktyczna nauka zawodu, technikum – praktyki), nie ma dodatkowych przedmiotów ani egzaminów zawodowych.
Bardzo przykro jest patrzeć na to, jak lokalna szkoła powoli staje się w oczach nastolatków i rodziców miejscem „dla tych, którzy nie dostali się nigdzie indziej”. To krzywdzące dla nauczycieli i ambitnych uczniów, którzy zostali na miejscu, ale taka jest psychologia rynku edukacyjnego.

Utrzymywanie technikum dla garstki uczniów to gigantyczne wyzwanie. Przedmioty zawodowe wymagają nowoczesnych pracowni i materiałów, dodatkowych etatów dla nauczycieli. Jeśli w grupie zawodowej mamy pięciu uczniów, koszt ich wykształcenia staje się astronomiczny. Organy prowadzące widząc tego rzędu liczby kandydatów w rekrutacji po prostu podejmują decyzję o nieutworzeniu oddziału, a kandydaci trafiają do szkół kolejnego wyboru. Tam często uczą się w trzydziestokiluosobowych klasach.

Co ciekawe, mieszkańcy często deklarują, jak ważna jest lokalna szkoła, często sami są jej absolwentami, twierdzą, że nie wyobrażają sobie, żeby miasto tej wielkości co nasze nie miało szkoły ponadpodstawowej. Tak się jednak stanie i będzie to całkiem nieodległa przyszłość.

Rachunek ekonomiczny, którego nikt nie chce podpisać

W Polsce rozmowa o pieniądzach w kontekście edukacji wciąż ucinana jest krótkim „Na dzieciach nie wolno oszczędzać”. Tak naprawdę jest to frazes. Ministerstwo Edukacji oszczędności szuka gdzie się da i choć od tego roku nie ma już "subwencji oświatowej", a zastąpiły ją środki na "potrzeby edukacyjne", to absolutnie nie pokrywają one potrzeb gmin w tym zakresie. Gminy po prostu dokładają do edukacji własne środki. A co w sytuacji, gdy tych pieniędzy zwyczajnie nie ma?
Jeśli uczniów jest garstka, dopłata z budżetu lokalnego do jednego dziecka rośnie do absurdalnych kwot. Brakujące 6 000 000 złotych w przypadku sześciotysięcznej gminy oznaczałoby 1000 złotych podatku od każdego mieszkańca, a tak naprawdę zainteresowani utrzymaniem szkół są tylko rodzice niespełna 400 dzieci w wieku szkolnym. 15 000 złotych rocznie podatku "szkolnego" i deficyt zniknie. A tymczasem nasi mieszkańcy są zbulwersowani tym, że podatek od nieruchomości wzrośnie o 10 groszy. Jestem niemal pewna, że żaden z rodziców protestujących przeciwko likwidacji szkoły nie podniósłby ręki za uchwałą zwiększającą podatki lokalne o 300 czy 400%. A to właśnie jest realna cena utrzymywania status quo w obliczu demograficznej zapaści.

Próby odwoływania wójtów czy burmistrzów w drodze referendum to w obecnej sytuacji próba ukarania posłańca za to, że przyniósł złe wieści. Nawet jeśli mieszkańcy zmienią burmistrza na takiego, który obieca „szkołę w każdej wsi”, rachunek pozostanie taki sam. Nowy włodarz za rok stanie przed tym samym pustym dylematem, z tą różnicą, że gmina będzie o kolejny rok bliżej finansowej zapaści. Zamykanie oczu na rachunek ekonomiczny nie sprawi, że koszty znikną.

Emocje nas nie uratują

Nie jest łatwo pisać o zamykaniu szkół, będąc nauczycielką. Coraz słabsza rekrutacja martwi, ale nikogo kijem do szkoły nie zapędzę. No i jednak musimy przestać traktować demografię jak wroga, którego można pokonać w drodze referendum. Wybór jest taki: albo sentymentalna obrona przeszłości, albo budowanie oferty edukacyjnej o co najmiej dotychczasowej jakości w nowych warunkach. Pierwsza opcja to coraz wyższe koszty utrzymania budynków w przeliczeniu na ucznia, coraz większe trudności kadrowe (małe szkoły to i mało godzin przedmiotu), a skoro ministerstwo proponuje ułatwienia w łączeniu klas, to zapewne praca w takich właśnie zespołach, czego nie życzę ani uczniom ani nauczycielom.