Jem i chudnę, czyli cuda na patyku

W tym tygodniu stanęłam przed tragicznym faktem - zostały mi jedne spodnie, w których po lekkim ściągnięciu paskiem w talii nie wyglądam jak sierota w ciuchach po starszej i tęższej siostrze. Jem według wytycznych doktora Bartka i postpandemiczne sadło po prostu znika. Minus taki, że trzeba kupić nowe portki, a jest to dla mnie zawsze trudne. Nie wyglądam dobrze w rurkach ani innych zwężanych nogawkach, w chińskie modele zazwyczaj nie mieści mi się łydka. A jak się mieści łydka i udo, to w biodrach i pasie zostaje mi luźny wór tkaniny. Całe szczęście, że córka namierzyła jakiś czas temu second-hand w mieście powiatowym, bo tam można liczyć na większą różnorodność fasonów i już jedne spodnie lniane tam sobie latem kupiłam.

Sobota szykowała się zatem intensywna, bo zaplanowałyśmy wyjazd "na ciuchy", a po południu spodziewani byli goście. Zakupy spożywcze ogarnęłam w piątek z synem. W sobotę wstałam wcześniej, ugotowałam warzywa i jajka do polskiej sałatki, przygotowałam śniadanie. Potem pojechałyśmy z córką na zakupy ubraniowe. Założenie było takie, że dajemy sobie maks godzinę na przeglądanie zasobów second-handu. Córka znalazła dla siebie dwa bardzo ładne swetry - jeden z bawełną, drugi z dodatkiem kaszmiru, biały sweterek rozpinany, biały golf i ciemnogranatowe dżinsy w fasonie flare. Dla mnie też wybrała ciemnoszary sweter z H&M. A ja przeglądałam tylko spodnie i pobieżnie kurtki. Pobieżnie, bo interesowały mnie tylko takie kolorowe i wzorzyste - była jedna o wystarczająco zwariowanym fasonie i kolorach, ale niestety rozmiaru 42 i o takim kroju, który nie nadawał się do noszenia jako oversize. Spodnie znalazłam. Szukałam brytyjskiego rozmiaru 10, ale ostatecznie kupiłam błękitne dżinsy Denim Co (nie miałam jeszcze takich) W30 L32 i czarne spodnie Next 8L. Nie mierzyłam - po prostu na przyłożenie do korpusu wydawały mi się pasujące. Ta ósemka jest jakaś taka większa, bo leży idealnie. Dżinsy też bardzo spoko, bo uszyte na kobietę z wcięciem w talii, no i fason straight - prosta nogawka.

W drodze powrotnej postanowiłam sprawdzić, czy alternetywny wyjazd z miasta powiatowego jest już ukończony. No i prawie jest. Rondo gotowe, można zjechać na Warszawę i na Wrocław, trzeci wyjazd - ten do mojego miasteczka jeszcze niedostępny, zagrodzony barierkami. Objechałam więc rondo i trasą na Warszawę wróciłam na drugi wyjazd.

W domu jakoś tak nie mogłam się ogarnąć i zacząć systematyczne robienie spożywki. Trzeba było zrobić krem do tortu, sałatkę i obiad. Z jakiegoś takiego niezdecydowania zaczęłam zmywać i oczywiście coś stłukłam - tym razem kieliszek do wina. Zamiatanie szkła i potem odkurzanie jakoś mnie uspokoiło i pozwoliło poukładać w głowie czynności.
Syn pomógł przy sałatce, która jest jednym z jego ulubionych dań. Poszło szybko - wielka misa sałatki wylądowała w lodówce, a syn od razu nałożył sobie porcję, żeby "skontrolować jakość". Od razu po krojeniu sałatkowym ruszyłam z wegańskim daniem obiadowym - takim jednogarnkowym czymś z cukini i soczewicy. Skroiłam cebulę, czosnek i cukinię, nastawiłam to wszystko do duszenia. Potem podlałam wodą, dodałam soczewicę i przyprawy (kurkuma!), a pod koniec duszenia koncentrat pomidorowy. Obiad lżejszy, bo przecież potem tort. :)

Tort był zaplanowany jako bezowy - z gotowych blatów, bo nie mam cierpliwości na długotrwałe suszenie bezy w piekarniku. Opakowanie blatów miałam już kupione, dzień wcześniej syn zdecydował, że przełożenie ma być czekoladowe. Krem wyszukałam w sieci. Zazwyczaj robię klasyczny ganache, ale tym razem postanowiłam wypróbować krem z mascarpone.
Krem powstał poprzez zmiksowanie 250 g mascarpone z 4 łyżeczkami cukru pudru, dodanie 200 g stopionej gorzkiej czekolady, a na końcu domieszanie do tego 250 ml ubitej śmietanki 36%. Jest to wyrób bardzo gęsty, niezwilżający bezy. Po schłodzeniu wychodzi wspaniałe coś - idealnie rozpływające się w ustach. Nie mam ostatnio natchnienia do finezyjnych dekoracji, więc po prostu posypałam wierzch siekanymi migdałami i utknęłam pośrodku 3 monety z białej czekolady, które leżały w lodówce chyba od czerwca oraz trzy malutkie bezy, które były dołączone do blatów.

Tort był naprawdę pyszny. Beza jak beza - bardzo słodka, krem czekoladowy właśnie nie za słodki. Beza rozpływała się w ustach, a nie w torcie.

Spróbowaliśmy również domowego piwa. Właśnie minęły 4 tygodnie od butelkowania i wyrób osiągnął przydatność do spożycia. No cóż - udało się, wyszedł dobry lager. Mam jeszcze 20 litrów, a jak rozczęstuję to pewnie powtórzę warzenie. Myślę, że dla odmiany kupię puszkę innego słodu. Wybór jest spory, kusi mnie dark ale albo stout.

Dziś też do kawy wjechał torcik - po kawałku. Ta dieta to właściwie nie dieta - po prostu słodycze i żywność wysokoprzetworzoną należy jeść rzadko, a produkty wartościowe często. Do tego dołączyłam niejedzenie po godzinie 18:00.
Bardzo polubiłam siemię lniane. Nic a nic mi się nie nudzi ani nie przejada. Codziennie robie sobie do pracy taki jogurtowy słoik z mielonym siemieniem lnianym, płatkami owsianymi, migdałami i czymś dla odmiany. Czasem dodaję kakao, czasem suszony imbir, nasiona babki pełsznika, rodzynki, cynamon, przyprawę do piernika, orzechy z mieszanki, borówki. Raz dodałam łyżeczkę takiej gotowej mieszanki trawy jęczmiennej, trawy pszenicznej, chlorelli i spiruliny. Nooo - to musi być strasznie zdrowe, bo jest paskudne jak każde dobre lekarstwo. :)

Boczniaki z pierwszego rzutu zostały zjedzone. Rzeczywiście już pierwszy rzut daje więcej grzybów niż tacki zakupione za taką samą kwotę, więc warto. Teraz czekam na kolejny rzut. Balot jest wilgotny, widać intensywnie rosnącą grzybnię.

Codziennie zbieram jakieś grzyby na spacerach z psem. Przedwczoraj nazbierałam podgrzybków, wczoraj odprowadzając gości zebrałam dla nich 6 kani, dziś wypadał spacer leśny to już w ogóle pełno grzybów - maślaki, podgrzybki, jakiś koźlarz też się trafił. I to tyle z weekendu. Nie lubię niedzielnych wieczorów - są skażone poniedziałkowością.