Materiały pseudoedukacyjne

Pomiędzy szansą a cyfrowym tandeciarstwem

Do trzech razy sztuka. Najpierw było zdziwienie, że to w ogóle działa. Potem oburzenie, że to ciągle działa. Dziś, po trzecim zderzeniu ze zjawiskiem, pora na komentarz. Modele AI to naprawdę wspaniałe narzędzia. Dla nauczyciela mogą być doskonałym wsparciem przy tworzeniu grafik, kolorowanek dla młodszych uczniów, szablonów i realizacji pomysłów, które bez pomocy AI byłyby bardzo skomplikowane. To AI pomogło mi ostatnio przygotować papier milimetrowy do notowania długości cienia gnomonu – z liniami biegnącymi po półokręgach. Niestety nie każda osoba powiązana z szeroko rozumianą edukacją ma umiejętności, czas i chęci, aby tworzyć autorskie materiały. I to też nie problem, bo jest naprawdę wiele możliwości pozyskiwania materiałów dobrych i sprawdzonych. Problem zaczyna się w momencie, gdy brak kompetencji merytorycznych u twórcy ejajowych "wypocin" spotyka się z brakiem weryfikacji treści przez potencjalnego klienta: nauczyciela, rodzica edukującego domowo, edukatora. A na fejsbuczku coś wygląda tak kolorowo! Tak bogato! Tak atracyjnie! Koszt? Jeden bliczek: 4,99 zł, 8 zł, no – maks 10 złotych. Okazja.

Halucynacje na ścianie

Aż ciarki mnie przechodzą na myśl, jakie bzdury będzie można zobaczyć na niektórych szkolnych ścianach w tym roku. Pierwszy szok przeżyłam przed Narodowym Czytaniem, gdy na grupie Forum Bibliotekarzy osoba tworząca z AI takie materiały wrzuciła "próbkę" i link do swojego sklepu. Gazetkę (do samodzielnego wydrukowania) o "Dziadach" Mickiewicza można było zakupić pisząc "Poproszę" i dalej priv, pewnie BLIK 6 złotych albo link do sklepu online. Pięćdziesiąt cztery osoby napisały "Poproszę". W zamian uzyskały generyczny portercik wieszcza, grafiki typu świeczka, kałamarz, kaplica na cmentarzu oraz trzy "wybitne" cytaty. Z tego jeden prawidłowy: Ciemno wszędzie, głucho wszędzie..., koniec cytatu. Dwa pozostałe (oba opatrzone podpisem Adam Mickiewicz) to: Czytanie jest bramą do wiedzy i wyobraźni (współczesne hasło, które nie ma jednego, konkretnego autora; często wykorzystywane przez biblioteki w akcjach promujących czytelnictwo) oraz Naród, który nie zna swojej przeszłości, umiera i nie buduje przyszłości. (często przypisywane Janowi Pawłowi II, ale nie jest to prawdziwy cytat – nie znajdziemy go w żadnej encyklice, homilii ani książce Karola Wojtyły).

Dziś zobaczyłam reklamę gazetki ściennej na 11 listopada. Parada atrakcji. Kolory, kwiatki, biało-czerwone wstęgi. Co amenony, maki i chabry mają wspólnego z Narodowym Świętem Niepodległości (którego nazwa ani razu nie pojawia się na planszach gazetki) nie wiem, ale jest bogato. Orzeł a la godło – ani obecne, ani to z 1919 roku, ani z żadnego okresu historycznego. Tyle dobrego, że orzeł biały i w koronie. Pierwsza plansza z cytatem Naród, który nie pamięta o swojej przeszłości, nie ma przyszłości przypisanym Piłsudskiemu (powinno być Naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości). Na drugiej planszy pieśń "My, Pierwsza Brygada" z tekstem, który troszkę figluje: My pierwsza brygada, strzelecka gromada, na stos rzuciliśmy nasz żywot, nasz żywot, na stos na stos! O, ile mąk, ile cierpień, oile krwi przelaliśmy na ten stos, na ten stos!. Serio. Aż oczy bolą patrzeć, jak się to biedne AI przemęcza. Do tego losowe nutki – wielką niespodziankę będzie miał ktoś, kto postanowi odegrać tę "Brygadę" na dzwonkach lub flecie. Następnie wyhalucynowany tekst wiersza "Oblicze ojczyzny" (nie Różewicz, za to absolutne głupotki) przypisany Wisławie Szymborskiej! Dalej jedyny poprawnie przytoczony cytat – z Sienkiewicza. Dalej Fredro i "Ojczyzna nasza", ale już z pokręconym końcem cytatu. Jest jeszcze wierszyk stworzony przez AI. Cztery pierwsze wersy mają rym i rytm, dwa kolejne już tylko rym, a dwa ostatnie ani rymu, ani rytmu. Kolejny wspaniały, szkoda, że nieprawdziwy cytat z JP II Wolność jest w nas, a nie na zewnątrz. I jeszcze prawidłowo przytoczona trzecia strofa "Gawędy o miłości ziemi ojczystej" Szymborskiej, ale z podpisem "Gawęda o miłości do ziemi ojczystej".
Na razie chce "to" kupić 20 osób, ale post ma 22 udostępnienia, więc może na innych profilach i grupach są kolejni kupujący.

Pseudo-notatki, czyli zamęt w pigułce

Trzeci akt tego cyfrowego dramatu to notatki wizualne. Na pierwszy rzut oka łudząco przypominają one wartościowe, przemyślane sketchnotki (jak chociażby te tworzone z polonistycznym wyczuciem przez twórczynię profilu TeRys.ka). Jednak diabeł – a raczej algorytm – tkwi w szczegółach. Prawdziwa notatka graficzna ma selekcjonować wiedzę, ukazywać hierarchię i ułatwiać zapamiętywanie tego, co w lekcji kluczowe. Tymczasem ejajowe grafiki są przeładowane losowymi treściami. Uczeń, zamiast otrzymać bazę notatki (na przykład z lektury), którą sam uzupełni w czasie lekcji, zostaje zasypany wizualnym chaosem, z którym nie wiadomo, co ma zrobić. Pokolorować? Przy tym wygenerowane notatki potrafią z całą stanowczością podawać na przykład dokładny wiek bohatera, o czym akurat autor słowem nie wspomniał, albo raczą czytelnika wyhalucynowanymi nowotworami językowymi w stylu „oculista”. Można się również dowiedzić, że Domeyko i Doweyko z opowieści Wojskiego z to Domeyka i Doweyka. Natomiast liczebniki w tym cyforwym kosmosie odpowadają na pytania ile?, który z kolei? i... kilkoro? – to akurat głupie, ale na swój sposób zabawne. Częścią mowy jest też wykrzyknienie (nie wykrzyknik, o nie!). Efekt jest taki, że zamiast mnemotechnicznego wsparcia uczeń może otrzymać wizualną lurę utrwalającą błędy.

Small business ByleJak i spółka

Osoby generujące takie zestawy notek, grafik czy gazetek działają całkowicie merkantylnie i idą „na masę”. Zbliża się 11 listopada? Jedziemy z tematem! Twórcy tych materiałów doskonale znają kalendarz szkolny i po prostu wykorzystują moment, w którym mocno obłożeni codziennymi obowiązkami nauczyciele szukają szybkiego wsparcia. Apel, ćwiczenie piosenki, udział w gminnych obchodach, codzienna biurokracja, codzienne problemy wychowawcze, a tu jeszcze jakaś tematyczna gazetka w sali by się przydała. Często tacy przedsiębiorcy nie mają ani wiedzy, ani chęci, by wpisać dane hasło w wyszukiwarkę i sprawdzić, czy model AI nie podsunął im ewidentnej bzdury. Ważne, że biznes się kręci, a algorytm wypluwa kolejne strony w parę sekund. W efektowną na pierwszy rzut oka paczuszkę pakują więc babole, po czym wrzucają je do sieci z chwytliwym opisem. A nauczyciele czy rodzice edukujący domowo kupują te produkty za parę złotych, wierząc, że zyskują estetyczną pomoc dydaktyczną i oszczędzają cenny czas. Na szczęście nie są to bardzo liczni kupujący. Czasem 50 osób, czasem 20. Ale zważywszy na znikomy koszt wytworzenia tak lichego produktu, jest to chyba całkiem opłacalny interes, a sklepy mają w ofercie setki jeśli nie tysiące materiałów pseudoedukacyjnych na dosłownie każdą okazję.

Najbardziej uderzający w tym wszystkim jest fakt, że kupowanie takich „tworków” jest po prostu zupełnie zbędne. Każdy nauczyciel w Polsce posiada bezpłatne konto w programie Canva dla Edukacji, a rodzice edukujący domowo mają do dyspozycji naprawdę niewiele mniej funkcji i elementów w jej podstawowej, darmowej wersji Canvy. Obsługa tych narzędzi nie wymaga absolutnie żadnych specjalistycznych umiejętności z zakresu IT. Stworzenie od zera estetycznej gazetki czy karty pracy zajmuje dosłownie chwilę. Znacznie szybciej i bezpieczniej jest samodzielnie wygenerować odpowiednie tło, dobrać pasujące elementy graficzne, a przede wszystkim – wkleić sprawdzony, prawidłowy tekst lub cytat bezpośrednio z rzetelnych źródeł, takich jak Wolne Lektury czy Wikiźródła. A jeśli w danej chwili brakuje pomysłu na układ, koncepcję czy nawet styl lub kolorystykę materiału, to właśnie w tym obszarze sztuczna inteligencja sprawdzi się znakomicie. Wystarczy wykorzystać ją do stworzenia samego pomysłu czy planu, a wykonanie i weryfikację treści zatrzymać pod własną kontrolą. Wtedy technologia faktycznie służy edukacji.